Chciałbym powiedzieć wam coś wyjątkowego o zmartwychwstaniu. Chciałbym wytłumaczyć jak ono wyglądało, jak przebiegało, ale wybaczcie – nie mam o tym zielonego pojęcia.

Żadna nauka nigdy nie będzie mogła tego w sposób racjonalny wytłumaczyć. Mamy to co mieli uczniowie Chrystusa: pusty grób i świadectwa tych, którzy Go spotkali. Mamy wspólnotę Kościoła, która narodziła się w wieczerniku w dniu zesłania Ducha Świętego, ale właściwie jedynym, co apostołów w wieczerniku trzymało, to wiara i przekonanie, że On żyje.

Dziś wieczorem, czyli mniej więcej o tej porze, w której my gromadzimy się na Wawelu, Chrystus doszedł dwóch uczniów zmierzających do Emaus. To nie była zwykła wędrówka. Oni uciekali przerażeni wiedząc, że wydarzyło się coś nienormalnego. Bali się przypuszczając, że ani Piłat, ani Arcykapłani nie zostawią w spokoju tych, którzy będą świadczyć, że widzieli Pana żywym. Tacy ludzie i ich  świadectwa były dla nich absolutnie niewygodne i niedopuszczalne. Lepiej, żeby rozniosła się plotka, że ciało zostało wykradzione, a całe gadanie o zmartwychwstaniu jest wymyśloną bajką.

Uciekają więc przed niebezpieczeństwem, ale również uciekają przed tym, by uwierzyć. Łatwiej przecież trwać w niepewności, niż uwierzyć w to, co po ludzku nie jest normalnym.

Pewnie składano wam wczoraj i dziś wiele życzeń. Życzy się radości ze zmartwychwstania, życzy się wesołych świąt, nadziei, życzy się doświadczenia Zmartwychwstałego. Wysyłamy sobie kartki z pięknymi obrazkami.

I dobrze. To wszystko są piękne życzenia, ale by mogły się zrealizować to trzeba zmartwychwstaniu dać wiarę, a nie tylko słowa, a to wcale, wbrew pozorom, łatwym nie jest.

Teoretycznie znamy tę prawdę wiary, teoretycznie wszyscy o niej możemy mówić, wypowiadamy ją w Credo, ale czy tak prawdziwie w to wierzymy? Uczniom idącym do Emaus Chrystus wyjaśniał wszystko, co mówili o nim prorocy,  cytował pisma. Uczniowie znali je doskonale, ale to była dla nich tylko teoria. Czegoś jeszcze brakowało. Sami mówią, że mieli oczy jakby na uwięzi, nie rozpoznali go, chociaż serce się rwało. Brakowało im odwagi by spojrzeć na Niego i powiedzieć: Panie! Przecież to Ty!

Dopiero wtedy, gdy Chrystus usiadł z nimi przy jednym stole, gdy wziął chleb, gdy powtórzył gest z Ostatniej Wieczerzy uwierzyli, że siedzi z nimi Zmartwychwstały.

A my? Może warto nie tyle teoretyzować, ile raczej zasiąść z Chrystusem blisko. Może warto autentycznie i z serca powiedzieć – już wiem, już się nie boję.

Czym to będzie skutkowało? Tym bracia i siostry, że nie będziemy katolikami, Dziećmi Bożymi tylko z nazwy. Nie idzie o to, byśmy tak o sobie mówili, tylko byśmy żyli  jak Dzieciom Bożym, jak uczniom Chrystusa przystoi!

Jak żyje ten, kto wierzy, że prawdziwe życie dopiero przed nim? Żyje Bogiem i dla Boga!

Co to znaczy? To znaczy, że każdego dnia bierze swój krzyż i idzie z nim na ramionach na Golgotę, bo wie, że Golgota to tylko przystanek. Idzie z trudem i w zmęczeniu, ale wytrwale i odważnie. Droga na Golgotę, to zwyczajne życie, to codzienność osoby liczącej się z Bogiem.

Najtrudniejsze w niej nie jest świadectwo przed ludźmi. Najtrudniejsza jest troska o samego siebie, o to, by żyć w prawdzie, w wierności wartościom, by kierować się nie tyle własnym interesem, co przede wszystkim Ewangelią. Najtrudniejsze jest trwanie w łasce i świętości zdobywane przez walkę ze swoimi grzechami i słabościami. To wymaga nieraz prawdziwego męstwa, by w tej walce nie zdezerterować., ale by się zaprzeć, jak mówił Pan, by się zaprzeć samego siebie i codziennie Go naśladować. To jest najtrudniejsze!

Jeżeli w sercu człowieka będzie wiara, będzie Prawo Boże, będzie bezkompromisowe podejście do grzechu, który staje przed nami jako propozycja i to nieraz bardzo, bardzo atrakcyjna, to nie będziemy mieć żadnego problemu z tym, by i w życiu społecznym, i rodzinnym, i osobistym po Bożemu postępować. Pozwólmy, by Bóg się nami posługiwał. Pozwólmy, aby to on miał pierwsze miejsce w naszej hierarchiach wartości.

Nie ma nic piękniejszego niż świadomość, że jesteśmy wewnętrznie wolni, że żyjemy w prawdzie przed sobą, że nie kombinujemy. Nie ma nic, co mogłoby sprawić więcej radości z życia niż móc powiedzieć o sobie, z całą szczerością: idę za Chrystusem! Idę, nieważne gdzie mnie zechce poprowadzić. Niech się świat wali, niech mnie przeciwności dotykają, niech mnie diabeł próbuje! Idę za moim Mistrzem, idę za moim Panem, idę do świętości, którą stawia przede mną Zmartwychwstały! Z upadków – wstaję, grzechy – wyznaję, wiarą żyję! A Jezus Chrystus, który za mnie umarł i dla mnie zmartwychwstał niech mi będzie jedynym przewodnikiem.

Uczniowie, którzy rozpoznali Pana, mimo, że dzień już się kończył, nie wahali się ani chwili, by wyruszyć ku temu, przed czym uciekali. Wrócili do Jerozolimy i złożyli świadectwo. Spróbujmy także wrócić do tego przed czym uciekamy, co oddalamy na dalszy plan naszego duchowego życia, spróbujmy powalczyć o siebie, o swoją duszę. Każdego dnia myślmy o sobie jak o najukochańszym dziecku, myślmy o sobie jak o ludziach, których grzechy i podłości zostały zabite wraz z Chrystusem. I myślmy o sobie, jak o tych, którzy mają otwartą propozycję nieba, życia i świętości.

To jest ludzkie, że się martwimy, kalkulujemy, ale jednak co by nie mówić: Chrystus spotka się z nami osobiście i to już niedługo. Może jeszcze dziś, może za kilkadziesiąt lat. Spotka się z nami w drodze naszego ziemskiego życia. Dojdzie nas, tak jak doszedł niegdyś uczniów na drodze wiodącej do Emaus. Nam też będzie wtedy wszystko wyjaśniał, dla nas również przełamie chleb. Popatrzymy na Niego wtedy oczyma już nie wiary, ale osobistego doświadczenia, popatrzymy pewni że to On. Wtedy  już nie będziemy musieli myśleć o niczym innym, jak tylko o nas samych, o życiu, które od tego spotkania dopiero się rozpocznie: Życiu prawdziwym… wiecznym…

Prośmy Dobrego Boga, by nam pozwolił wieść życie święte, by nam wskazywał drogi realizacji Jego zamysłów i niech dam daje odwagę, byśmy się kierowali tym, co wiara i serce podpowiada, zwłaszcza wtedy, gdy będzie to niewygodne i trudne.

Z Chrystusem życie wygląda zupełnie inaczej, wcale nie jest łatwiejsze po ludzku, ale dzięki łasce wiary, wszystko co się w nim dzieje nabiera prawdziwego sensu. Nawet to, co według ludzi jest niesprawiedliwe i głupie.

Życzę Wam, żeby nie zabrakło Wam odwagi do takiego  życia. Do prawdziwego, świętego Życia!

 

Czytania mszalne:  Dz 10,34a.37-43; Ps 118,1-2.16-17.22-23; Kol 3,1-4 l, Łk 24,13-35